2008

2007

2006

2005

25 lutego 2007 / 60. /25 lutego 2007: PRZYSŁOP WITOWSKI (PODTATRZE)

 
 
 
Pogoda nadal nam sprzyja.
 
 
Wprawdzie poranek wita nas śnieżną zadymką, lecz wkrótce chmury rozpływają się i zaczyna świecić słońce. Wycieczkę zaczynamy w Witowie, gdzie niedawno wybudowano wyciąg krzesełkowy.
 
 
Niestety nie możemy wyjechać nim na górę, ponieważ nie ma możliwości zakupienia jednorazowych biletów, sprzedawane są wyłącznie karnety narciarskie.
To nie koniec nieprzewidzianych kłopotów. Kiedy, mozolnie podchodząc, mijamy górną stację wyciągu, zatrzymuje nas straż graniczna. Sprawdzanie dokumentów i telefoniczne łączenie się dowódcy patrolu z centralą w celu sprawdzenia naszej tożsamości oraz wiarygodności zajmuje niemal godzinę.
 
 
 
Dobrze, że przynajmniej słońce przygrzewa i można przeznaczyć ten czas na opalanie się.
 Jednak takie praktyki na granicy państw należących do Unii Europejskiej wydają się nieco dziwaczne, tym bardziej, że sto metrów niżej aż roi się od narciarzy, zaś na szczycie pobliskiej Magury Witowskiej można bez żadnego problemu przedostać się na Słowację przez ogólnodostępne przejście turystyczne. Na szczęście na tym nasze problemy się kończą. Idziemy dalej.
 
 
Droga prowadzi odkrytym grzbietem, łagodnie się wznosząc. Mijamy puste o tej porze roku drewniane szałasy i wkraczamy w przysypany śniegiem las.
 
Wkrótce wydostajemy się jednak znów na odkryty teren. Trawersujemy szczyt Magury, będącej najwyższym wzniesieniem polskiego Podtatrza, przechodząc przez urocze polanki − Bzdykówkę i Basiorówkę, również zabudowane licznymi szałasami.
 
Widok, który się stąd otwiera na Podtatrze i Orawę, jest wprawdzie trochę ograniczony, ale ładny. Po odpoczynku, przeznaczonym na drugie śniadanie, osiągamy zalesiony wierzchołek Przysłopu Witowskiego.
 
 
To najwyższy punkt naszej dzisiejszej wycieczki. Stąd rozpoczyna się zejście.
 
Kolejne polany: Kosarzyska, Cicha i Molkówka oferują nam rozległe widoki na Tatry Zachodnie. Dominują, skąpane w blasku słońca, masywy Giewontu, Czerwonych Wierchów oraz Kominiarskiego Wierchu, które imponują swym ogromem.
 
 
 
Krótkie, ale strome zejście z Molkówki sprowadza nas na dno Doliny Chochołowskiej.
 
Przechodzimy drewnianą kładką przez uśpioną jeszcze pod śniegiem Siwą Wodę i docieramy do drogi prowadzącej dnem doliny. Stąd mamy zaledwie parę kroków do parkingu na Siwej Polanie.

Galeria zdjęć

Nasze wesołe fotki