
29 kwietnia 2008 / 28-29 kwietnia
Rankiem jedziemy S-bahnem na berlińskie lotnisko Schönefeld. Przewóz roweru samolotem to dla nas zupełnie nowe doświadczenie, a co gorsze, trudno jest uzyskać wiarygodną informację, co tak naprawdę należy zrobić, by dokonać tego bez narażenia się na niepotrzebne problemy przy odprawie bagażu. Tym bardziej, że każda linia lotnicza posiada w tym względzie odmienne wymagania.
Okręcamy folią pęcherzykową najbardziej wrażliwe części roweru, skręcamy kierownicę tak, aby była ustawiona równolegle do ramy roweru…
i udaje nam się wejść przez kolejne bramki, a potem na pokład samolotu.
Lot trwa około trzech godzin, lądujemy w Madrycie w późnych godzinach popołudniowych.
Madryt, najwyżej położona stolica Europy (od 590 do 715 m n.p.m.), w przeciwieństwie do Berlina, nie jest miastem gościnnym dla osób poruszających się rowerami.
Brakuje tu ścieżek, zaś rowerzysta na jezdni traktowany jest niczym intruz, którego należałoby natychmiast rozjechać.
Nie wolno przewozić rowerów środkami lokomocji miejskiej, także metrem, z wyjątkiem określonych godzin, kiedy ruch pasażerski jest najmniejszy (a więc od 9 do 11 i od 21 do 23).
Podobne problemy występują także przy przewozie tych pojazdów pociągiem (w liczbie większej niż 3) - aby móc to zrobić, teoretycznie należy wystąpić o wcześniejszą zgodę do kolei hiszpańskich (lecz ich przewóz jest za to całkowicie bezpłatny). Wsiadamy do metra i jedziemy na dworzec kolejowy Chamartin, skąd mamy o ósmej trzydzieści rano pociąg do Burgos.
Niestety nasze marzenia, że przeczekamy do tej pory w poczekalni dworcowej, okazują się złudne. O północy dworzec jest zamykany, zaś patrole ochrony i policji dokładnie sprawdzają, czy wszyscy opuścili jego teren. Musimy więc i my przenieść się na ulicę z niemiłą perspektywą krążenia na rowerach po Madrycie do samego rana. Wbrew powszechnym opiniom, że miasto żyje całą noc, jego ulice są całkowicie puste, a wszystkie knajpki zamknięte. Na szczęście koło godziny drugiej udaje się nam znaleźć za połowę ceny nocleg w pobliskim niewielkim trzygwiazdkowym hotelu. O porządnym wyspaniu się oczywiście nie ma mowy, bo o godzinie szóstej odzywa się nastawiony budzik w telefonie komórkowym, wyrywając nas ze snu.
Wsiadamy na rowery i jedziemy z powrotem na dworzec Chamartin, gdzie zjadamy śniadanie, po czym wsiadamy do wagonu kolejowego. Podróż do Burgos trwa około pięciu godzin, a pociąg pokonuje przepiękne krajobrazowo, pofałdowane i zielone tereny Nowej i Starej Kastylii.
Tu wypełniamy formularze zarejestrowane potem w systemie komputerowym, otrzymujemy „paszporty pielgrzyma”, w których należy zbierać pieczątki przynajmniej z miejsc noclegowych, a będące potwierdzeniem przebycia szlaku oraz kupujemy muszle stanowiące nieodłączny symbol pielgrzymowania do Santiago. Rezerwujemy sobie także noclegi, po czym jedziemy na zwiedzanie miasta.
Zostało ono założone w roku 884, a wkrótce stało się stolicą królów, początkowo Kastylii, później Kastylii i León. Jest miastem rodzinnym Rodrigo Diaza, zwanego z języka arabskiego Cydem, który stał się symbolem chrześcijańskiego rycerza i bohaterem najstarszego poematu napisanego w języku kastylijskim (a także innych utworów literackich).
Centralnym zabytkiem tego miasta jest gotycka katedra pod wezwaniem Matki Boskiej (Santa Maria la Reral y Antigua de Garmonal). Budowana w latach 1221-1458, uchodzi - i słusznie - za najpiękniejszy obiekt gotycki w Hiszpanii, a może nawet i w całej Europie. Górują nad nią dwie ażurowe wieże o wysokości 84 metrów wyrastające z bogato rozczłonkowanej fasady.
Trójnawowe wnętrze z transeptem otoczone jest ośmioma kaplicami będącymi arcydziełami sztuki rzeźbiarskiej i malarskiej. Zachwyt budzi zwłaszcza Capilla del Condestavel, Capilla Santissimo Christo z 14-wieczną zdumiewająco realistyczną figurą Chrystusa zdjętego z krzyża, a także zamykające lewe ramię transeptu monumentalne marmurowe schody.
Wychodząc z katedry, przespacerować się można bogato zdobionymi wirydażami pełnymi tablic nagrobnych, ołtarzyków i rzeźb. Po zwiedzeniu katedry robimy jeszcze przejażdżkę po starym mieście, a potem wracamy do już albergue, bo nazajutrz czeka nas pierwszy, zapewne trudny, dzień pielgrzymki. Ogromna sala noclegowa z niemal stu miejscami noclegowymi robi na początku niezbyt sympatyczne wrażenie, ale szybko zapadamy w sen, zmęczeni długą podróżą.
Galeria zdjęć
Nasze wesołe fotki